Madryt – porozmawiaj z nim – Paweł Głogowski

30 marca 2011 Artykuły

Jest jak żar, który w sierpniowe południe uderza cię w twarz po wyjściu z klimatyzowanego tapas baru. Ciężko od niego uciec. W samym centrum jest to wręcz niemożliwe. Przeszkadza jednak wyłącznie los extranjeros – przybyszom z zagranicy. Madrileños (mieszkańcy Madrytu) nauczyli się z nim żyć, zaprzyjaźnili się. Chłoną go na ulicach, w szkołach, sklepach, a popołudniami w swych domach.

Hałas

Madryt to obok Barcelony najgłośniejsza metropolia w Europie. Warkot samochodów, łoskot robót ulicznych, szum krążącego nad głowami helikoptera przekraczają w tym mieście normy przyjęte przez Światową Organizację Zdrowia. A jednak mieszkańcy stolicy Hiszpanii nie mogą bez hałasu żyć. W madryckich domach stale włączony telewizor to najlepszy przyjaciel. Jest o tyle wygodny, że nie trzeba z nim wchodzić w dyskusje. W zasadzie nie trzeba go nawet słuchać. Dlatego ten codziennie, przez kilkanaście godzin: śpiewa, krzyczy, informuje, transmituje błogosławione przez lud mecze.

Może to wina języka jakim posługują się Hiszpanie, a przynajmniej ich większość? Castellano, czyli kastylijski, to w końcu „język suchy i szorstki, niczym pustynna łacina”, jak pisał V.S. Pritchett. Ci, którzy języka hiszpańskiego nie znają, wiedzieć muszą, iż kastylijski wypełnia ulice Madrytu chmarą przekleństw i masą półsłówek, które po przetłumaczeniu dźwięczą w głowach przyjezdnych przez długie godziny. Wystarczy wspomnieć o wszechobecnym coño czy joder, które usłyszeć można nie tylko z ust młodych gniewnych. Wręcz przeciwnie, są one stałą częścią słownika ludzi kulturalnych i wykształconych, czego najlepszym przykładem była większość moich uniwersyteckich wykładowców.

Madrytczyk w zasadzie rzadko kiedy przestaje rozmawiać. Każda okazja jest dobra do podjęcia dialogu. Metro, księgarnia, kawiarnia, sklep spożywczy, nie mówiąc o barach tapas, w których jedynym sposobem na walkę z wszechobecnym gwarem jest przekrzykiwanie go. Sam Jan Paweł II podczas pielgrzymki w stolicy Hiszpanii, z nutą ironii, jak miał to w zwyczaju, zauważył: „Papież też chciałby coś powiedzieć”, dając do zrozumienia zebranym by ci wreszcie wysłuchali w ciszy przybyłego gościa.

W tym ciągłym hałasie i niewybrednym języku jest jednak coś pociągającego i fascynującego.

Między zimą a piekłem

Mieszkańcy Madrytu w swym ciągłym nastawianiu na rozmowę są niezwykle gościnni, a jednocześnie trochę egoistyczni. Każda wskazówka, gdzie pójść, co zjeść, jest według madrytczyka czymś na wagę złota. Pytając tubylca o radę, nie należy spodziewać się innej odpowiedzi jak: „Nie ma lepszej restauracji niż ta!” lub „Musicie tam iść, to miejsce nie ma sobie równych!”. W Madrycie mieszkańcy nie dają ci wyboru. A wybór jest olbrzymi.

Może wydawać się to niemożliwe, ale jest tu ponoć więcej kawiarni, restauracji i klubów niż w całej Belgii. Mimo to wieczorem i nocą znalezienie miejsca w wymarzonym lokalu graniczy z cudem. Jedyną nadzieją dla przybyszy ze wschodu Europy są późne pory, w których rozpoczyna się powszechny wymarsz madrileños do miasta. To jednak naraża nas, przyzwyczajonych do zimna, na walką z owianym złą sławą gorącem, które latem panuje w Madrycie do późnych godzin popołudniowych. Nie bez powodu pogodę stolicy Hiszpanii określa się jako „nueve meses de invierno, tres meses de infierno”, czyli „dziewięć miesięcy zimy, trzy miesiące piekła.”

Madryt w całej swej wielkości i powadze jest jednak miastem świetnym zarówno do życia, jak i zwiedzania. Nie ma w nim nadmiernego pędu Nowego Jorku czy klaustrofobii Tokio. Ścisłe centrum jest do obejścia i poznania w zasadzie w ciągu dwóch dni. Mimo jednej z największych i najstarszych sieci metra na świecie, używanie go wydawało mi się w tak skoncentrowanym centrum objawem lenistwa i wygodnictwa. Madrytczycy patrzą na to inaczej. Dla nich każda wyprawa, nawet jeżeli następna stacja znajduje się w zasięgu 500 metrów, jest dobrym powodem by zejść do klimatyzowanego podziemia. Trzeba wiedzieć, że mieszkańcy Madrytu choć ciepło uwielbiają, a do śniegu (przynajmniej takiego jak u nas) nie są przyzwyczajeni, to są tylko ludźmi i na dłuższą metę wykorzystują wszelkie sposoby by uciec od ponad 30 stopniowego upału, jaki panuje w mieście.

To nie Barcelona

Żyjemy w świecie, w którym do komfortowego miejskiego życia nie starczy rozbudowana sieć metra, centra handlowe i kinowe multipleksy. Dziś każde miasto chciałoby się chwalić swoim Central Parkiem. Madryt ma czym. Jest nim park Retiro, który z pewnością nie ma takich rozmiarów jak nowojorski gigant, ma natomiast w sobie ten sam klimat sielanki, relaksu i spokoju. Madrycka zieleń jest jednak nietypowa. Bo choć parków i skwerków jest tu sporo, a zaraz przy centrum znajduje się olbrzymi zielony teren rekreacyjny zwany Casa de Campo (Wiejski dom), to najbardziej zapadającym w pamięci ogrodem jest zbiór 15 tysięcy roślin zasianych na 460 metrach kwadratowych ściany budynku przy zjawiskowym Caixa Forum.

W Madrycie nie należy spodziewać się labiryntów wąskich uliczek. To nie Barcelona, tutaj ulicę są szerokie, przejrzyste i długie. Nawet te, które uznać by można za bardziej kameralne zmieszczą samochód i dwa chodniki. Jednocześnie jest to miasto z reguły bezpieczne. Polityka władz od lat prowadzona jest tak by centrum Madrytu było miejscem, w którym każdy turysta będzie się czuł spokojnie i pewnie. Wyjątkiem są liczne grupy młodocianych kieszonkowców, którzy sieją postrach wśród mało uważnych turistas.

***

Madrytczycy od lat 90. żyją w cieniu sławy Barcelony, która zdominowała hiszpański rynek turystyczny. Traktowałbym jednak ten fakt jako zaletę, a nie wadę. W Madrycie bowiem nie odczujesz „disneylandyzacji”, jaka nastąpiła w stolicy Katalonii. Tu turysta nie zdominował krajobrazu, stał się raczej jego częścią. Bezzasadne wydaje się jednak porównywanie do siebie odwiecznych rywali (przede wszystkim na boisku piłkarskim, ale także politycznym). Madryt nigdy nie stanie się Barceloną-bis, tak jak Barcelona nigdy nie upodobni się do stolicy. Niemniej jedno jeszcze długo będzie je łączyć. Hałas.

Paweł Głogowski – prezes stowarzyszenia Ulepsz Poznań

Tekst ten jest częścią cyklu „MiastoTeka” i ukazał się na stronie internetowej Stowarzyszenia My Poznaniacy.

Zdjęcie: Flickr [cc: cuellar]