Koalicja ruchów miejskich ma sens!

4 września 2017 Artykuły

„Łańcuchy Światła” obudziły w poznaniakach dawno niespotykaną energię społeczno-polityczną, która w przypadku mądrego spożytkowania przynieść może konsekwencje idące daleko poza kwestie obrony niezależności sądownictwa. Protesty organizowane przez Franciszka Sterczewskiego i spółkę były bowiem klasycznym przykładem zjawiska znanego jako „Czarny Łabędź”. Koncepcja wymyślona przez libańskiego myśliciela Nassima Nicholasa Taleba mówi, iż naszą rzeczywistość kształtują nagłe i niezaplanowane wydarzenia, o dużej wadze społecznej. Logika „Czarnego Łabędzia” oznacza więc, iż większą wartość ma to czego nie wiemy, niż to co już poznane. Na obecnym etapie wiemy nadal niewiele i to stanowić powinno główną wartość.

Niejako inicjujący charakter tekstu Lecha Merglera usprawiedliwia dość nieśmiałą (jak na Lecha) próbę stworzenia „jedności w wielości”. Chciałbym więc nieco mocniej zgłębić kwestię „utworzenia szerokiej, progresywnej koalicji wyborczej, społecznej-obywatelskiej” jak określił ją Mergler. Na starcie zacząć muszę jednak od słów George’a Santayana, który swego czasu rzekł: „kto nie pamięta historii skazany jest na jej ponowne przeżycie”. To krótkie zdanie powinno być mottem wszelkich działań integrujących tzw. ruchy miejskie oraz miejskich „solistów”. Matematyka ostatnich wyborów samorządowych jasno pokazała, że rozbicie tych grup, to ich polityczna marginalizacja i „ukanapowienie”. Start dwóch, lub większej ilości komitetów niepartyjnych o korzeniach stricte miejskich jest więc stratą czasu i energii, którą proces wyborczy pożera tak łapczywie. Jedność to w świetle ostatnich wydarzeń nie tylko obowiązek ruchów miejskich, ale przede wszystkim wielka odpowiedzialność za przyszłość naszego miasta, jakkolwiek patetycznie to brzmi.

Niewiara redaktora Kompowskiego w ponadideologiczny „miastopogląd” jest nieuzasadniona. Nieformalna koalicja ruchów miejskich trwa bowiem od lat. Wizja miasta jest wśród nas niezmiennie spójna. Stanowi to niewątpliwie ogromną wartość, której brakuje wielu lawirującym samorządowcom partyjnym. Świadomie więc aktywiści miejscy wrzucani są często do worka lewicowego, a niesprawiedliwe uproszczenie ma na celu kategoryzować grupę bardzo różnorodną. W końcu żyjemy w czasach, w których wszystko musi być czarno-białe. Tymczasem to właśnie to zróżnicowanie poglądów pozamiejskich, oparte na fundamencie wspólnej wizji rozwoju miasta powinno stanowić główny magnes i wartość. Wybory samorządowe są jedynymi, które na taki komfort pozwalają.

Dotychczas głównym mankamentem działań wyborczych aktywistów miejskich była zwyczajna niedojrzałość polityczna, która nad skuteczność stawiała osobiste niesnaski. Czas więc na „odpieluchowanie” organizacji miejskich, zakasanie rękawów i przede wszystkim jasne sformułowanie wizjonerskiego programu rozwoju miasta, który stanie się rzeczywistą konkurencją dla partyjnych luźnych zbiorów pomysłów na temat tego jak ma wyglądać Poznań. Przewaga ruchów miejskich nad partiami jest w tym względzie wystarczająco istotna, by zmienić oblicze składu Rady Miasta. Punktem wyjścia może być bowiem tzw. „15 Tez Miejskich” sformułowanych na ostatnim Kongresie Ruchów Miejskich. Stanowią one solidną busolę dla wszystkich organizacji zajmujących się tematyką miast. Tezy powinny być więc spoiwem łączącym najróżniejszych ludzi o wspólnym miastopoglądzie.

Łańcuchy Światła pokazały jasno, iż apartyjność jest magnesem, który umie mobilizować spore grupy ludzi. Brak udziału partii politycznych był niejako niepisaną umową między uczestnikami a organizatorami, przyciągając z dnia na dzień coraz większe tłumy. Powstała ciekawa zależność, polegająca na wzroście aktywności politycznej mieszkańców Poznania przy jednoczesnym braku udziału partii politycznych w protestach. Ta formuła będzie przybierać na sile wraz z dalszymi konfliktami na krajowej scenie politycznej. Kryzys naszej demokracji nie ogranicza się bowiem do obecnych działań władz krajowych. Te są raczej jego rezultatem. Polska (i nie tylko) ma problem z głębszą słabością tzw. demokracji partyjnej, która opiera się na dzieleniu i jej ekskluzywnym charakterze. Demokracja powinna jednak łączyć i włączać. Postulatem ewentualnej koalicji obywatelskiej powinna być więc nie tylko troska o demokrację reprezentatywną, ale również partycypacyjną i deliberatywną. Potrzebujemy demokracji, która opierać będzie się na dyskusji, ważeniu argumentów, a także kłótniach, ale nie wyłącznie między politykami, lecz przede wszystkim między nami mieszkańcami-obywatelami.

Czy to się uda? Tego nie wiemy. I dobrze.

Paweł Głogowski
Prezes Stowarzyszenia Ulepsz Poznań

Tekst ukazał się w Gazecie Wyborczej – Poznań, 16.08.2017