Jakie centrum, takie miasto – Paweł Głogowski

16 marca 2012 Artykuły

Korzystając z okazji jakim jest wywołany przez niedawne konsultacje społeczne temat rewitalizacji poznańskiego śródmieścia, chciałbym zwrócić szczególną uwagę na problem, który od kilkunastu lat trapi nasze miasto. Chodzi mianowicie o wymieranie mikroprzedsiębiorstw w centrum na rzecz wielkich domów handlowych, znajdujących się w strefach podmiejskich.

Marnym pocieszeniem jest fakt, iż zjawisko to dotyczy większości polskich, jak i europejskich aglomeracji. Proces ten, będący konsekwencją suburbanizacji, czyli wyludniania się centrum i rozwoju peryferii, rozpoczął się w miastach zachodnich już po II Wojnie Światowej. Duży wpływ na zaistniałą sytuację miał lawinowy rozwój przemysłu samochodowego, który zmienił styl przemieszczania się z pieszego na zmotoryzowany. Ludzie zamiast przejść się do centrum, zaczęli dojeżdżać własnymi samochodami do domów handlowych. W konsekwencji doprowadziło to do stopniowego spadku liczby lokalnych usługodawców, będących nieodzowną częścią historycznych dzielnic kupieckich.

Podobny proces, zakotwiczony jednak w innym kontekście historycznym, trwa w Polsce od kilkunastu lat. Poznań jest niestety jego wzorcowym przykładem.

Nasze miasto stoi na najwyższym stopniu podium jeżeli chodzi o liczbę metrów kwadratowych tak zwanej nowoczesnej powierzchni handlowej w stosunku do liczby mieszkańców. Na 1000 Poznaniaków przypada 663 mkw. tejże powierzchni, a po zapowiadanym otwarciu kolejnych trzech molochów, liczba ta wzrośnie do 876 mkw. Poznań będzie mógł się niedługo poszczycić ponad dwudziestoma domami handlowymi.

Większość pewnie zapyta – co w tym złego? Przecież głupstwem byłoby nie zaspokojenie ciągle rosnącego popytu na centra handlowe. Ludzie cenią sobie ich kompaktowość. W jakim innym miejscu bowiem, pod jednym dachem, zjemy (cokolwiek), kupimy ciuchy ze znanej sieciówki, załatwimy potrzebę, a na koniec pójdziemy do kina na jakąś superprodukcję?

Jestem jednak w stanie zrozumieć powody dla których Poznaniacy omijają śródmieście szerokim łukiem, gdy przychodzi do robienia codziennych zakupów. Słaba i mało urozmaicona oferta, wynikająca między innymi z pozostawienia handlu w centrum bezlitosnym regułom wolnego rynku (proszę wyobrazić sobie prowadzenie własnego mikroprzedsiębiorstwa na terytorium zdominowanym przez banki i przedstawicielstwa sieci telefonicznych), przesycenie ruchu samochodowego, prowadzące do sytuacji w której znalezienie miejsca postojowego graniczy z cudem, czy po prostu moda na spędzanie niedzieli w najbliższym domu handlowym.

Większość konsumujących na nowoczesnych powierzchniach handlowych nie zdaje sobie jednak sprawy ze szkody jaką wyrządzają własnemu miastu. Tego typu przyzwyczajenia niosą bowiem za sobą konsekwencje, które mają istotny wpływ na kształtowanie miasta i jego mieszkańców.

Wśród nich wymienić można między innymi spadek zaangażowania we własną społeczność lokalną, prowadzący do obniżenia zaufania wśród mieszkańców, spadek identyfikacji z własną dzielnicą, zwiększający wandalizm i brak poszanowania dla przestrzeni publicznej, czy w końcu spadek liczby mieszkańców w śródmieściu, który niesie za sobą cały szereg negatywnych skutków.

Co zatem można zrobić by zmienić ten stan rzeczy?

Istnieją różne sposoby i programy odbudowywania przedsiębiorczości w śródmieściu. Jednym z nich jest projekt o nazwie „PopupHood” wprowadzony przez władze amerykańskiego Oakland. W tym nieco mniejszym niż Poznań mieście urzędnicy zdecydowali się wprowadzić w życie obywatelski pomysł, który polega na darmowym wynajęciu lokalnym przedsiębiorcom pustych lokali miejskich na okres sześciu miesięcy. Program ten ma ułatwić mikroprzedsiębiorcom udany start i zakotwiczenie się w wymarłym i zdominowanym przez banki śródmieściu.

Jako że w ramach projektu, na ograniczonym terytorium, współpracuje jednocześnie kilku usługodawców, uczestnicy uniknęli strachu bycia samotnymi pionierami na rewitalizowanym obszarze. Program mimo, iż działa dopiero od kilku miesięcy doprowadził do efektu kuli śnieżnej. Nowe lokalne przedsiębiorstwa przyciągają kolejne. Do centrum Oakland powraca powoli życie.

Co ciekawe, trzy lata temu, również w Poznaniu ruszył podobny projekt o nazwie „Lokal za złotówkę”, którego ideą było roczne wynajęcie instytucjom kulturalnym kilku lokali miejskich za symboliczną złotówkę. Niestety stan zaproponowanych przez ZKZL miejsc okazał się gorszy niż zły i pomysł upadł.

Warto wspomnieć również o innym amerykańskim programie, kryjącym się pod nazwą „Main Street”, który w skali całego kraju pomógł ponad dwóm tysiącom lokalnym społecznościom w rewitalizacji swojej przestrzeni miejskiej, właśnie poprzez stymulację lokalnych przedsiębiorstw wokół głównych ulic. Dzięki schematom współpracy wykorzystywanym przez poszczególne lokalne inicjatywy przedsiębiorców i mieszkańców udało się odbudować zaufanie oraz przywrócić dawną dynamikę wielu ulic i dzielnic.

Istnieją więc narzędzia, które pozwalają na zmianę niekorzystnych dla miasta przyzwyczajeń konsumpcyjnych. Szczegół tkwi w chęci ich wykorzystania. Miasta ocenia się dziś bowiem po tym jakie jest ich centrum. Warto zatem zadać sobie pytanie, czy nie lepiej zamiast 20 centrów mieć jedno, ale z prawdziwego zdarzenia?

Paweł Głogowski – prezes stowarzyszenia Ulepsz Poznań.

*Artykuł opublikowany został 15 marca 2012 w Głosie Wielkopolskim.