Jak Poznań widzą, tak o nim piszą – Paweł Głogowski

5 października 2011 Artykuły

Poznań w świadomości przeciętnego Polaka jawi się jako aglomeracja, która opiera swoje dobre imię przede wszystkim na sprawnie funkcjonującym biznesie i handlu. Od lat ogólnie przyjętymi wyznacznikami tożsamości mieszkańców stolicy Wielkopolski są poniemiecki „ordnung”, wysoki poziom jakości życia oraz sławetna przedsiębiorczość. Dochodzę jednak do wniosku, iż w ciągu ostatnich kilkunastu lat władzom miasta (to w końcu one w sposób najbardziej bezpośredni wpływają na jakość naszego życia w skupisku miejskim) udało się stworzyć raczej społeczeństwo wyznające „nową religię zakupów”, jak określił to Benjamin Barber niż społeczeństwo obywatelsko dojrzałe i odpowiedzialne za dobro wspólne.

Tym bardziej dziwi pewne odstępstwo od teorii w działaniach poznańskich urzędników. To w końcu wybitny poznaniak, profesor Zygmunt Bauman zauważył, iż „estetykę, a nie etykę, rozwija się, aby integrować społeczeństwo konsumentów, trzymać je na kursie i wielokrotnie ratować w sytuacjach kryzysowych.” Dlaczego więc nasz zanurzony w centrach handlowych, bankach oraz reklamach Poznań zupełnie zapomniał o swej stronie estetycznej? Dlaczego nasze konsumpcyjne społeczeństwo, któremu tak niewiele powinno brakować do szczęścia (rozwój estetyki), w zasadzie szczęśliwe już jest (estetyka jest mu do szczęścia całkowicie niepotrzebna)?

Jak mniemam, odpowiedź na drugie pytanie jest konsekwencją odpowiedzi na pierwsze z nich. Wieloletni marazm poznańskiego społeczeństwa w sprawie miejskiej estetyki jest wynikiem całkowitej ignorancji władz Poznania w sferze, która w miastach rozwijających się i rozwiniętych stanowi bardzo ważny element polityki miejskiej, wedle prostej zasady: jak cię widzą, tak cię piszą.

Oczywiście dyskusję o ładzie bądź nieładzie miasta można sprowadzić do banalnego stwierdzenia, iż o gustach się nie dyskutuje. Takie postawienie sprawy świadczyłoby jednak o całkowitym niezrozumieniu tematu. Trzeba bowiem uświadomić sobie, iż estetyka miasta nie sprowadza się do koloru ławek czy koszy na śmieci. Estetyka, a raczej jej brak to także wielkoformatowe reklamy zasłaniające okna mieszkań, przepełnione kosze na śmieci czy też krzywe i dziurawe chodniki. Tego typu problemy nie podlegają ocenie gustu. Są to natomiast elementarne utrudnienia wpływające na codzienne życie konkretnych mieszkańców, a także na to, jak postrzegają nas turyści, o których powinniśmy dbać szczególnie, zwłaszcza że nie przyjeżdżają oni do nas tak licznie jak do Warszawy czy Krakowa.

Jak zatem wprowadzać na ulice naszego miasta estetykę? Uważam, że cel ten osiągnąć można, jednocześnie wprowadzając do polityki miejskiej dwie sprzężone ze sobą sfery działania. Pierwszą z nich określiłbym sferą oddolną, obywatelską, drugą natomiast sferą urzędniczą.

Po pierwsze, potrzebne jest budowanie w mieszkańcach przekonania, iż to co jest publiczne, a więc chodniki, parki, miejskie ławki, kosze na śmieci, fontanny czy rzeźby należy traktować przynajmniej z minimalnym szacunkiem. Konsekwencją braku jakiegokolwiek poczucia, iż miasto jest dobrem wspólnym, o które trzeba dbać jest między innymi wandalizm, tak często obecny na ulicach Poznania. Nie zwalczy się go jednak poprzez montowanie „niezniszczalnych” ławek na Starym Rynku. Potrzebne są kompleksowe działania miasta aktywizujące młodych ludzi z niższych sfer społecznych. Dziś bowiem Poznań nie jest w stanie zaoferować biednym tego, co potrzebują, jednakże stara się usilnie zaoferować bogatym to, czego nie potrzebują.

Po drugie, niezbędny jest szczegółowy plan rewitalizacji śródmieścia, który byłby stopniowo i skutecznie wprowadzany przez kolejnych gospodarzy urzędu miasta. Poznań potrzebuje planu zgodnego z nowoczesnymi nurtami polityki miejskiej, w której to człowiek stawiany jest na pierwszym miejscu. Wycofywanie samochodów ze ścisłego centrum, drogi rowerowe, skwery czy usprawnienie komunikacji miejskiej to tylko niektóre z najważniejszych celów, bez których Poznań nie dogoni rozwiniętych aglomeracji, zwłaszcza w kwestii jakości życia mieszkańców.

Trzymam w związku z tym mocno kciuki za inicjatywę radnego Mariusza Wiśniewskiego, przewodniczącego komisji rewitalizacji, który, miejmy nadzieję, wytrwa w swych działaniach i przyczyni się do stworzenia takowego planu przy aktywnym uczestnictwie mieszkańców, specjalistów oraz organizacji pozarządowych.

Wprowadzając w życie jednocześnie tzw. sferę obywatelską oraz urzędniczą, mamy szansę za parę lat obudzić się w Poznaniu nieutopionym w szyldach reklamowych, z przyjętym i respektowanym katalogiem „mebli miejskich” oraz większą ilością zieleni na ulicach. W końcu nasze władze będą mogły pochwalić się największą w Polsce liczbą nowo posadzonych drzew, zamiast pierwszym miejscem pod względem ilości domów handlowych. Pytanie, czy chcą.

Paweł Głogowski – prezes stowarzyszenia Ulepsz Poznań.

*Artykuł pojawił się w poznańskim wydaniu Gazety Wyborczej.

Zdjęcie: Flickr [cc: Milos1]