Witold Weszczak – „Grupa M20” / Warszawa

19 kwietnia 2013 Rozmowy

m20

Zapraszamy do drugiego w serii wywiadu, tym razem z Witoldem Weszczakiem z warszawskiej Grupy M20. Witold opowiedział nam między innymi czym według niego jest miasto dla ludzi, jakim miastem jest Warszawa, czym zajmuje się Grupa M20 i jaka jest przyszłość inicjatyw oddolnych. Zapraszamy do lektury!

WWW: M20.waw.pl
FB: Grupa M20

UP: Wasze hasło to: „Warszawa – miasto dla ludzi”. Co rozumiesz przez pojęcie „miasto dla ludzi”?

Witold Weszczak: To znaczy miasto, które jest dla ludzi atrakcją, zachęcającą ich do wyłączenia telewizora i wyskoczenia do centrum. Miasto powinno umożliwiać mieszkańcom swobodne korzystanie z jego atrakcji zarówno ciągu dnia jak i wieczorem, a także o każdej porze roku. Miasto dla ludzi to jednocześnie miasto otwarte. Oznacza to, że z przestrzeni miasta nie można nikogo wykluczyć, stawiać przed nikim barier. Przestrzeń publiczna nie może być dostępna na wyłączność dla jednych, a zabroniona dla drugich.

UP: Czy w Warszawie często zdarza się wykluczanie z przestrzeni miejskiej mieszkańców? Jakim miastem jest pod tym względem stolica?

WW: Absolutnie nie. Przestrzeń Warszawy jest sztywna, ale nie zakazana. Sztywna, to znaczy, że są pewne zachowania, które z niewiadomych przyczyn są niemile widziane. W parkach nie wolno jeździć na rowerach, w centrum głośno się zachowywać po zmroku, na pl. Za Żelazną Bramą jeździć na rolkach i deskach. Natomiast nie ma takich miejsc skąd ludzie byliby przegonieni ze względu na kolor skóry, kształt nosa czy grubość portfela.

UP:Zanim zapytamy o tym czym się zajmujecie, powiedz kim jesteście i dlaczego postanowiliście założyć Grupę M20?

WW: Zajmujemy się przestrzenią publiczną Warszawy. Zależy nam, by miejskie place i ulice były jak najbardziej atrakcyjne dla warszawiaków, by były miejscem do życia, a nie tylko przechodzenia z domu do pracy i z powrotem. Robimy to od czasów, gdy po Ziemi chodziły dinozaury, czyli z grubsza od połowy 2008 roku. Poznaliśmy się wtedy w działaniu przy kilku fajnych projektach społecznych, które razem przygotowywaliśmy. Po kilku latach zdecydowaliśmy się założyć naszą własną grupę operacyjną. Grupę M20.

UP: Skąd wzięła się nazwa Grupa M20?

WW: Nasza nazwa to rebus. Podpowiem, że jest mocno związany z Warszawą.

UP: Piszecie „Wychodzimy z założenia, że bycie obywatelem Warszawy to nie tylko punktowanie słabości miasta, ale przede wszystkim wywieranie pozytywnego wpływu na otoczenie”. Jaki wpływ wywieracie na miasto? Czym dokładnie zajmujecie się?

WW: Kiedy zaczynaliśmy naszą przygodę z miastem, zajmowaliśmy się twardymi projektami: przygotowywaliśmy propozycje zmian dla placu Piłsudskiego, utworzenia ogrodu Grodzickiego przy Krakowskim Przedmieściu, składaliśmy przemyślne uwagi do planu miejscowego placu Defilad. Te działania wywołały fajną dyskusję w mediach, ale nie przyniosły skutku w przestrzeni. Od tego czasu skupiamy się na działaniach polegających na zwracaniu uwagi na miejskie problemy. Na początku było słowo, a my wciąż przecież jesteśmy u zrębów miejskiego aktywizmu z Polsce. Dlatego powtarzamy słowa. Piszemy teksty o ciszy nocnej, o bezludnych ulicach w centrum, które od dobrych dwóch lat pojawiają się w stołecznej prasie, krążą po necie. Trafiają w ten sposób do obiegu i zostawiają ślad w głowach. Dzięki temu docieramy do ludzi, a ludzie docierają do nas.

Skutek jest taki, że staliśmy się jednymi z inicjatorów nadchodzących przemian zaniedbanego dziś pl. Małachowskiego w Śródmieściu. Wraz z tamtejszymi instytucjami – galerią Zachęta, Muzeum Etnograficznym, parafią ewangelicką i firmą Hochtief – bierzemy udział w pracach nad nowym zorganizowaniem placu, dzięki któremu stałby się on prawdziwym placem miejskim, na który chętnie przychodziliby ludzie. Naszym partnerem są władze dzielnicy, które zarażone pomysłem chętnie włączyły się do urzeczywistniania przemian. Jest już po pierwszych konsultacjach społecznych, jeszcze w tym roku będzie ogłoszony konkurs architektoniczny. Jeśli wszystko pójdzie jak po maśle, już za dwa lata słowo stanie się ciałem.

Jednym z działań Grupy M20 jest dokumentowanie obrzydliwych warszawskich bud

UP: Jak Wasze działania odbierane są przez lokalnych polityków i urzędników?

WW: Pozytywnie. Odnosimy wrażenie, że jesteśmy raczej lubiani. Przede wszystkim dlatego, że nie mamy wobec urzędników roszczeniowej postawy. My nie tupiemy nogami, nie domagamy się wrzaskiem wysłuchania naszego głosu, ani nie piszemy donosów do prokuratury. My zabiegamy o partnerską rozmowę. To jest istotna różnica, bo krzyczenie nie dość, że jest nie fair, to na dłuższą metę skazane jest na porażkę. Działamy zawsze konstruktywnie: składamy własne propozycje, szukamy kompromisu; nigdy nie blokujemy działań żadnych władz, inwestorów czy organizacji pozarządowych.

UP: Działanie na rzecz miasta nie musi więc wcale kojarzyć się z uporczywą walką z lokalnymi politykami i urzędnikami?

WW: Nie, jeśli się tych urzędników przekona do współpracy. To jest tak, że jeśli palisz znicze i robisz pogrzeb sowy, to nikt z nich Cię poważnie nie potraktuje, a jeśli zwracasz uwagę na szpetne budy handlowe, które są wstydem dla miasta, pokazujesz dobre praktyki z innych miast, promujesz fajne działania z własnego podwórka, to sami Cię zapraszają na spotkanie.

UP: Na przestrzeni ostatnich 5 lat, jak bardzo rozwinęły się w Warszawie inicjatywy oddolne? Jak widzisz ich przyszłość?

WW: W 2007-2008 była istna eksplozja. Organizacje mnożyły się jak grzyby po deszczu. Tworzyły się stowarzyszenia, fundacje, Komisje Dialogu Społecznego. Zdawać by się mogło, że w którymś momencie to zamarło. Ale tylko w urzędowych statystykach. Jest wielka moda na miasto i miejskość. Ludzie zajmują się tym, tak jak my: nieoficjalnie, bez rejestracji w KRSach, bez łażenia na bezpłodne posiedzenia KDSów, na których tylko traci się czas. W naszym odczuciu fala miejskiego aktywizmu silnie wzbiera, a dziś widzimy dopiero jej początek. Jej kulminacja nastąpi dopiero za jakiś czas. To kwestia być może lat.

UP: Na koniec gdybyś miał wymienić jedną rzecz za którą kochasz Warszawę oraz jedną za którą ją nienawidzisz, co by to było?

WW: Kochamy za tempo życia i różnorodność. Nienawidzimy za pośpiech i chaos. To pozornie brzmi jak sprzeczność, ale w praktyce wcale nią nie jest. <śmiech>