Estetyzacja versus socjalizacja – Anna Rumińska

10 marca 2014 Artykuły

Odnoszę się do tekstu źródłowego:

„Prezydent Ryszard Grobelny i koordynator ds. estetyki wizerunku Miasta Piotr Libicki przedstawili nowy system komunikowania wewnątrz i wokół Dworca Poznań Główny. Według ustaleń nie będzie już obowiązywało robocze określenie „Zintegrowane Centrum Komunikacyjne”, ale tradycyjna nazwa „Poznań Główny”. Propozycja zmian obejmuje też uproszczenie i uspójnienie nazewnictwa, oznaczenie kolorami linii tramwajowych, a także wprowadzenie komunikatów w języku angielskim i niemieckim. Podzielcie się z nami Waszą opinią na temat nowych rozwiązań! Do końca kwietnia czekamy na komentarze pod adresem: systeminformacji@um.poznan.pl”

Rzecz dotyczy architektury i przestrzeni, sprowokowana została montażem tablic informacyjnych na kolejowym Dworcu Poznań Główny. Dowiedzieliśmy się, że jest to pierwszy z projektów zrealizowanych przez niedawno powołanego koordynatora ds. estetyki miasta. Innym słowem „kwestie promocji” i „kwestie rozwoju miasta” nieformalnie zwarły swe szyki. Co jest sednem ich działania? Estetyzacja – bynajmniej nie socjalizacja.

Moje badania terenowe dowodzą, że wyraz socjalizacja kojarzy się wielu z resocjalizacją i więziennictwem, niektórym z socjologią. Rzadko komu przychodzą na myśl problemy urbanizacyjne dotyczące zamieszkiwania w miastach. Jeszcze rzadziej – skojarzenia z architekturą. A szkoda, bo weszliśmy w okres rozwojowy miast, w którym socjalizacja architektury i przestrzeni nabiera na znaczeniu. Poprzez socjalizację rozumiem tu uspołecznienie architektury i przestrzeni, a poprzez asocjalizację – jej przeciwieństwo, czyli odspołecznienie. Uspołecznienie to działanie prospołeczne, dla korzyści społeczności, ograniczonej terytorialnie grupy lokalnej. Nie można w tym kontekście mówić o realnych i efektywnych działaniach prospołecznych na rzecz społeczeństwa – ta skala jest zbyt szeroka. Uspołecznienie jest zwykle obraną strategią, zaś odspołecznienie – skutkiem: negatywnym (np. smutek mieszkańców z powodu braku ławek, na których mogą spędzać rodzinnie czas) lub pozytywnym (np. radość mieszkańców z powodu braku ławek, na których dotychczas gromadzili się bezdomni). Lub (a nie albo) jest o tyle ważne, że oddaje ambiwalentny charakter przestrzeni publicznej – te same osoby mogą mieć wobec niej sprzeczne odczucia, wnioski i zamiary, ewentualnie różne osoby mogą mieć sprzeczne odczucia wobec jednego miejsca.

Uspołecznienie jest strategią popularną obecnie (nazywaną różnie) np. w Nowym Jorku, Detroit, Chicago, Sztokholmie, Kopenhadze, Groningen i innych miastach. Była ona popularna również w latach 60. XX wieku w USA, gdy prospołeczne postulaty wysuwała Jane Jacobs lub William Whyte, ale wówczas miasta koncentrowały się na urbanizacji opartej o motoryzację, a nie społeczne potrzeby. Do tych postulatów teraz powracają ww. miasta, a także wiele innych, np. w Tajlandii lub Korei Płd (Seul). Strategie uspołecznienia charakteryzują się tam podejmowaniem kroków skutkujących poprawą sposobów zamieszkiwania w danym mieście, przede wszystkim funkcjonowania w przestrzeni publicznej i przemieszczania się pomiędzy miejscami – przede wszystkim skupiają się na rozwoju ruchu pieszego.*1

Wygląda na to, że mamy w Polsce problem z realizacją takich strategii i jesteśmy wciąż na etapie nakazowo-zakazowym oraz teoretycznym. Strategie rozwoju i rozwiązywania problemów społecznych sporządzane przez urzędników są często mistrzowskim dziełem retoryki, zawierają szereg słusznych postulatów, lecz na tym się kończy – nie są one wprowadzane w życie. Doświadczenia PRL-u tak bardzo wrosły w umysły, że nawet, gdy stolica doradza aktywistom i organizacjom pozarządowym, jak organizować wydarzenia w przestrzeni publicznej, musi na wstępie zaznaczyć dobitnie, że „jednym z kluczowych etapów organizacji wydarzenia w przestrzeni publicznej jest uzyskanie zgody na zajęcie terenu”*2 – aby nikt nie zapomniał, że samowola nie jest tu dozwolona. Dla kontrastu kilka stron dalej czytamy, że przestrzeń publiczna, to dobro wspólne, „obszar o szczególnym znaczeniu, służący poprawie jakości życia mieszkańców oraz zaspokajaniu ich potrzeb”, a „place, chodniki (…) pełnią ściśle określoną rolę w funkcjonowaniu osiedli, gmin (…)”. Kropkę nad „i” stawia zdanie „nadzór nad nimi [placami, ulicami itd. – przyp. AR] sprawuje (…) wybrana władza (…)”. Zarządzanie pomylono jak widać z własnością, bo wymóg uzyskania zgody sugeruje silniejszą władzę, niż ta wynikająca z zarządzania. Reasumując i upraszczając, by zrozumieć sedno problemu: mamy coś wspólnego, ale nie wolno nam tego użytkować tak, jak byśmy chcieli, musimy więc zdobyć na to zgodę tych, którzy zarządzają nasza własnością. To jest bardzo specyficznie polskie rozumienie własności publicznej.

Należy tu zaznaczyć, że owa „ściśle określona rola” wynika z przepisów dotyczących np. transportu i komunikacji lub otwartej gastronomii, ale w ogólnym, a szczególnie codziennym funkcjonowaniu osiedli i gmin rola ta jest bardzo płynna i wyjątkowo niesprecyzowana. Mało tego – rzadko kto potrafi podać jednoznaczną definicję przestrzeni publicznej. Antropolog kultury, prof. Marcin Brocki, wiąże ją z otoczeniem zewnętrznym*3. Jest to bowiem termin ksenogamiczny – definiujemy go w zależności od potrzeb i zastosowania, podobnie jak pojęcia typu kultura, sztuka, przestrzeń czy kicz. Jak więc wyznaczyć rolę czegoś, co jest niejednoznacznie i wielokrotnie definiowane? Nie da się. Jednak magistraty sądzą, że to możliwe i brną w ślepe uliczki, jakby nie widzieli wokół postępu myśli humanistycznej ściśle związanej z infrastruktura techniczną. Magistraty mają problem – mylą się zbyt często.

Socjalizacja ustępuje więc miejsca asocjalizacji, której – mam nadzieję – nikt świadomie i perfidnie nie realizuje – ona po prostu się dzieje, szczególnie gdy brakuje czujności i troski. W miejsce prospołecznych strategii wchodzi więc inna, bo natura – również ta zurbanizowana – nie toleruje pustki, a urzędnikom trzeba dać jakąś pracę do wykonania. Socjalizację zastępuje więc estetyzacja, w wypadku przestrzeni publicznej rozumiana bardzo wąsko – jako kroki inwestycyjne podejmowane na rzecz upiększenia przestrzeni – jej akcesoriów, urządzeń, przyrządów i sprzętów. Po co? „Aby ludziom żyło się lepiej”. Upiększenie wypełniać ma inną pustkę spowodowaną tęsknotą za pięknem. Wszyscy za czymś tęsknimy, ale w Polsce, po 50 latach komuny i 20 latach transformacji, tego typu tęsknota urosła do rangi choroby narodowej tak zaawansowanej, że każdy poważny magistrat potrzebuje profesjonalnego medyka – koordynatora estetyki miejskiej, zwanego potocznie „plastykiem miejskim”, mimo że żaden z dotychczasowych koordynatorów nie jest artystą plastykiem. No, ale nie czepiajmy się takich szczegółów, prawda…?

Poznań wprowadził więc system komunikacyjny w obszarze dworca kolejowego obejmujący tablice informacyjne. Śliczności tablice, śliczności, ale… abstrahując od spraw stricte estetycznych (w bardzo wąskim rozumieniu, tj. plastycznym, wizualnym, upiększającym), smuci mnie owa polska fala estetyzacji, której pierwszym i publicznym symptomem jest zawsze powstanie w magistracie nowego stanowiska administracyjnego: koordynator estetyki – np. koordynator ds. estetyki i wizerunku (Poznań) lub koordynator projektu plastycznego wystroju miasta (Wrocław). Podatnicy i mieszkańcy utrzymują więc stanowisko, które odpowiedzialne jest za upiększanie otoczenia, nawet jeśli jako piękne, jest niewygodne. Warto zauważyć, że w tym trendzie nie powstają stanowiska typu „koordynator ds. prospołecznej przestrzeni miejskiej” lub „koordynator prospołecznych działań miejskich” albo „koordynator dobrego samopoczucia mieszkańców”. Żarty? Bynajmniej, ten trend wyraźnie skupia się na wizerunku, prestiżu, estetyce, poważnie marginalizując kwestie społeczne, relacji w przestrzeni, zaufania społecznego, stosunków sąsiedzkich, percepcji przestrzennej i wielu innych pozornie błahych spraw. Ten trend jest jednak typowy dla „miast w bólu”, które rodzą się ponownie, walczą o dobrą opinię, o prestiżowy wizerunek, a nie o dobre relacje, o silne podstawy tegoż wizerunku. W kontekście zmiany strategii rozwoju i socjalizacji przestrzeni publicznej Polska wciąż pozostaje w tyle kilkadziesiąt lat za miastami szwedzkimi (Sztokholm), duńskimi (Kopenhaga), holenderskimi (Groningen) lub amerykańskimi (Chicago). W tej dziedzinie polska wiara w siłę ewolucjonizmu jest niestety wciąż aktualna, mimo że ta metoda kultury została dawno temu poddana głębokiej krytyce, przez co trafiła do intelektualnego archiwum.

Pewna internautka przywołała na Facebooku regułę „bardziej estetyczne miasto = bardziej zadowolony/szczęśliwy mieszkaniec” – w domyśle, będzie szanować swoje otoczenie (tym tokiem myślenia idzie też wrocławski „plastyk miejski”). Otóż byłoby naprawdę bardzo miło, gdyby tak było, ale niestety to tak nie działa. Działa często odwrotnie, bo innowacja bijąca po oczach, zrealizowana bez efektywnej oraz rzetelnie rozumianej i realizowanej partycypacji społecznej, staje się drzazgą, kolcem, igłą – kłuje w oczy, w bok, w piętę. Rezultatem jest „szczeniacki wandalizm” (określenie jednego z aktywistów). Miliony publicznych polskich złotych idą tam, gdzie nie są pilnie konieczne (na upiększanie), a brakuje ich tam, gdzie problemy społeczne wołają o rozwiązanie. Masowo montowane są estetyczne (czytaj: ładne, cokolwiek to znaczy i ktokolwiek jest weryfikatorem tej urody) tablice, latarnie, ławki, kubły i citylighty. Nie są natomiast masowo montowane prospołeczne (czytaj: sprzyjające mieszkańcom) poidła miejskie, udostępniane trawniki, stawiane dospołeczne (czytaj: ułatwiające siedzenie w grupie i twarzą do siebie) ławki, uwalniane chodniki lub ławki publiczne od ogródków gastronomicznych (we Wrocławiu rok w rok zawłaszczane przez restauratorów). Nie są masowo remontowane miejskie podwórka, które podlegają już niestety przeinwestowaniu (np. krakowskie Smocze Skwery kosztujące ponoć milion złotych!), podobnie jak inne błędnie projektowane i przeinwestowane „miejskie urządzenia” – od tak małych, jak dizajnerska ławka na osiedlu Nadodrze lub Sępolno, do tak dużych, jak zbyt kosztowne garaże pod miejską patelnią (np. garaż pod placem Nowy Targ we Wrocławiu*4), czy w końcu hale kupieckie (np. Hala Grafit we Wrocławiu*5). Piesi chodzą po jezdniach, ogródki stoją na chodnikach*6, tak jakby słusznym było, że przestrzeń utrzymywana z pieniędzy publicznych, samorządowych, służy przede wszystkim działalności gospodarczej prywatnych przedsiębiorców. Dla upiększenia, po bokach stają coraz to nowe urządzenia infrastruktury miejskiej – na lewo słup, na prawo słup, a dołem problem się gniecie. Podczas gdy są miejsca na świecie, gdzie nawet nazwy ulic wybierają mieszkańcy, np. w dzielnicy Kapsztadu, Gugulethu*7. Mała rzecz, a cieszy i buduje lokalną tożsamość.

Jeśli stanowisko koordynatora-plastyka miejskiego nie ma postawionych wymagań częstych wywiadów terenowych z mieszkańcami, poznawania mieszkańców, rozmawiania z nimi, obserwacji terenu, wykonywania sukcesywnej dokumentacji filmowo-fotograficznej, poznawania miejsc, o których losach potem się decyduje, tak – stanowiska te zajmowane są przez architektów, a przecież nas, projektantów, mało kto uczy, jak przeprowadzać jakościowe badania terenowe – to wiemy jako antropolodzy kultury. Podobnie funkcjonuje system projektowania – projekty budowlane i wykonawcze powstają w oparciu o wszystko, ale nie o obserwacje terenu, wywiady terenowe itp. Istnieje coś takiego jak „wizja lokalna”, którą projektanci masowo wrzucają w „podstawy opracowania”, ale sprowadza się ona faktycznie li tylko do wizji własnej i rzuceniem okiem na miejsce, choćby za pośrednictwem Google Street View. W efekcie w zaciszu gabinetowym urzędów rodzą się pomysły aspołeczne, np. zamiany przeciętnych plastycznie ławek z oparciami na „nowoczesne i ładne” ławki bez oparć – akurat w miejscu, gdzie codziennie przesiadują seniorzy. W XIX wieku identycznie powstawały dzieła etnologów – James Frazer przez wiele lat pracował nad wiekopomnym, ewolucjonistycznym dziełem „Złota gałąź”, pochylony nad stertami książek, opłacany przez uczelnię. Zapytany, czy spotkał kiedykolwiek „dzikusa”, krzyknął ponoć „Boże uchowaj!”. Zebrał jednak imponującą ilość danych źródłowych, ale co z tego, skoro niewiele rozumiał owych „dzikich”? Takim właśnie „dzikim” są dla urzędników mieszkańcy – ci tubylcy, lokalsy, ziomale. Podobnie czynią więc miejscy plastycy oraz urzędnicy licznych departamentów i wydziałów noszących w nazwach przymiotnik „społeczny”. Dają wytyczne, zlecają badania socjologom, ale rzadko kiedy sami idą w teren i realnie interesują się losem mieszkańców. Mniej lub bardziej sprawnie weryfikują projekty, nie sprawdzają ich zgodności w terenie, bo i po co, skoro nikt tego nie wymaga? Są rodzynki: robią tak bardzo nieliczne (w stosunku do całej kadry) osoby we wrocławskim Miejskim Ośrodku Pomocy Społecznej, na pewno są też takie osoby w innych miastach, ale czy jakikolwiek „plastyk miejski” z nimi współpracuje lub czyta publikacje MOPS-ów? Bynajmniej. Wydziały pracują oddzielnie.

Doświadczenia terenów rewitalizowanych są inne, niż domniemania i oczekiwania „miejskich plastyków”. Polskim problemem jest wandalizm, który wynika z wielu przyczyn, ale jedną z nich jest niski poziom zaufania społecznego. Brakuje polskim magistratom odwagi, by podjąć wyzwanie i otworzyć przestrzeń publiczną dla mieszkańców – choćby postawić więcej ławek z oparciami w konfiguracjach dospołecznych (CLUE), spodziewając się, że przyciągną również bezdomnych, którzy wszak nie przystają wyestetyzowanej wizji miasta. Te same miasta skarżą się jednak, że trudno im policzyć bezdomnych w mieście – nic dziwnego, skoro magistraty zniechęcają ich do wychodzenia na „światło dzienne” – na piękne, wizerunkowe place, deptaki i chodniki. Roczny eksperyment z otwartą kumulacją miejskich ławek pomógłby w tej diagnozie, nawet mimo protestów nie-bezdomnych. Oczekiwanie stanu idealnego to naprawdę przeżytek, nieprzystający zupełnie do współczesności. Podobnie jest z rodziną zastępczą w mniemaniu złych sędziów: skoro rodzina nie umie wychować dziecka z powodu biedy, to dajmy je do rodziny zastępczej, której przyznajemy tysiaka na dziecko, zamiast wesprzeć finansową oryginalną rodzinę. To jest błędne myślenie, niosące złe skutki.

Oczywiście dobrze, że „poprawia się” plastykę, dba o estetykę w wąskim rozumieniu, ale estetyka obejmuje też inne aspekty, nie tylko plastyczne, a tutaj już niestety tej troski nie widać. Polskie miasta przechodzą falę estetyzacji, a ta prowadzi jak wiadomo do anestetyzacji, zobojętnienia na bodźce estetyzacyjne – czy to w plastyce, czy w nauce, ogólnie, w życiu. Jeśli na danym terytorium jest „brzydko” i są negatywne relacje, to „upiększenie” niewiele zmieni, relacje nadal będą złe albo się nawet pogorszą. To są mechanizmy typowe w procesach rewitalizacji. W Polsce znamienne są obecnie owe wysiłki magistratów właśnie w tym estetyzującym kierunku, a nie w kierunku dbania o relacje społeczne, choćby o dobro pieszych. „Miejskich plastyków”, jest coraz więcej, plastyka się polepsza, ale relacje międzyludzkie nadal są złe albo i coraz gorsze, bo tam, gdzie pojawiają się efekty takich inwestycji, pojawia się też fala wandalizmu, a magistraty zachodzą w głowę, „dlaczego ludzie tego nie szanują”. Szczęśliwość mieszkańców miast nie zależy od ich estetyki – potwierdził to zarówno Wolfgang Welsch*8 pisząc szeroko o anestetyzacji. Pokrewne są też wyniki badań uczonych z Exeter wśród mieszkańców brytyjskich miast: podstawowym warunkiem szczęśliwego życia w miastach jest kontakt z miejską zielenią*9. Bardzo ciekawa jest też informacja z badań amerykańskiego psychologa, Shigehiro Oishi*10, że poczucie sensu życia jest najsilniejsze u mniej zamożnych społeczeństw, m.in. z powodu ich większej religijności. To powinno otworzyć decydentom wachlarz strategii rewitalizacyjnych wykorzystujących zaangażowanie mieszkańców tych części miasta, które uchodzą za mniej zamożne, mniej elitarne. Czy otwiera? Bynajmniej. Można by podawać dziesiątki takich badań, z których powinni obligatoryjnie korzystać nowocześni urzędnicy, ale tego nie robią. Są jak liczni nauczyciele szkolni, zasklepieni w wiedzy sprzed 20 lat, pozbawieni woli ciągłego poszerzania swych horyzontów. Warto podkreślić, że badania te prowadziły jednostki związane ze zdrowiem, w tym zdrowiem psychicznym*11, a nie urbanistyką, architekturą lub budownictwem. Opublikowało je wiodące czasopismo psychologiczne*12. Sugeruje to słuszność mojej tezy, że wydziały architektoniczne powinny albo ściśle współpracować z wydziałami zdrowia lub problemów społecznych, albo powinny być zobligowane do wdrażania w przestrzeni wyników ich badań. W praktyce przedstawiciele tych prospołecznych wydziałów powinni zasiadać w komisjach konkursowych i przetargowych weryfikujących projekty architektoniczne. Niestety w Polsce nie zasiadają.

Estetyzacja miejskiej przestrzeni publicznej szczególnie w jej w kontekście komunikacji społecznej, przypomina działania wrocławskiego magistratu omówione niedawno przez profesora Adama Chmielewskiego, gdy krytykował wrocławskie kroki właśnie w zakresie komunikacji z mieszkańcami. „Praca tego zespołu miała być od samego początku oparta na intensywnych kontaktach z mieszkańcami”*13. Magistrat stworzył więc urokliwy film, według Chmielewskiego (i mnie również) niemający wiele wspólnego ze współczesnymi , lecz odwołujący się do konserwatywnego punktu widzenia, by ponownie użyć słów Adama Chmielewskiego. W tym miejscu przypomnę, że opisane w tekście źródłowym (na początku niniejszego tekstu) stanowisko określa koordynatora ds. estetyki miasta – jest to zatem Rzecz-Jak-Najbardziej-Kulturalna, a nawet wysoce kulturowa. Poznański system komunikacji wizualnej reguluje porozumiewanie się architektury z jej użytkownikami oraz klientami firmy, jaką jest PKP. Nie wiem, czy ów system jest adresowany wyłącznie do użytkowników widzących i to z dość dobrym wzrokiem, czy może również do niewidomych i słabo widzących – jeśli nie, to będą oni mieć nadal duże trudności w podejmowaniu decyzji przestrzenno-społecznych. Tak czy siak, Poznań nie słynie w Polsce z pro-społecznych inicjatyw urzędowych, które podejmowane są coraz częściej (na szczęście!) przez organizacje pozarządowe i grupy nieformalne, a nie przez magistrat. Szykuje się nawet w Poznaniu konferencja podkreślająca, że Polska autem stoi (albo raczej jedzie) i do pieszych odwraca się plecami – na wzór USA z lat 50 minionego wieku.*14 Nic więc dziwnego, że system komunikacji wizualnej ułatwiający poruszanie się po dworcu uznano za temat wizerunkowy, a nie np. tworzenie prospołecznych skwerów, placów, chodników, mebli miejskich itp. Wbrew pozorom system ten, mający wiele wspólnego z ruchem pieszym, wcale nie oznacza jego rozwoju, bo stworzono go dla rozwoju transportu kolejowego. Podstawową zasadą ławkologii*15 jest sprzężenie zwrotne „ruch generuje bezruch” – jeśli ludzie mają gdzie siedzieć, będą chodzić. Dopiero „system urządzeń dla wypoczynku w przestrzeni publicznej miasta” oznaczałby ukierunkowanie na rozwój ruchu pieszego i dospołecznych aranżacji miejskiej przestrzeni publicznej.

Anna Rumińska – antropolożka kultury, architektka, etnografka, publicystka, animatorka kultury, konsultantka, trenerka, placemakerka, organizatorka warsztatów antropologicznych i architektonicznych, doktorantka Studiów Nauki o kulturze Uniwersytetu Wrocławskiego, absolwentka Katedry Etnologii Uniwersytetu Wrocławskiego (2007), absolwentka Wydziału Architektury Politechniki Wrocławskiej (1991), autorka projektu Splot Szewska i wielu innych, liderka eMSA Inicjatywa Edukacyjna


*1 Do nich należy np. grupa projektów kategorii „Smart Growth” lub „Complete Streets policies”.
*2 E. Jankowska, Działaj w przestrzeni! Jak zorganizować wydarzenie w przestrzeni publicznej w Warszawie, Warszawa 2013.
*3 M. Brocki, Antropologia społeczna i kulturowa w przestrzeni publicznej, Kraków 2013, s. 9.
*4 A. Rumińska, Patelnia Nowy Targ – fatalna realizacja, online: https://sites.google.com/site/emsasobotka/przestrzen-publiczna/patelnianowytarg-fatalnarealizacja
*5 A. Rumińska, Grafit czy koh-i-noor? online: https://sites.google.com/site/emsasobotka/kuli-kultura/grafi-czy-koh-i-noor
*6 A. Rumińska, Ogródki gastronomiczne, online: https://sites.google.com/site/emsasobotka/ogrodkigastro
*7 Submissions stream in to rename streets in Gugulethu, online: https://www.capetown.gov.za/en/Pages/SubmissionsstreamrenamestreetsGugulethu.aspx
*8 W. Welsch, Estetyka i anestetyka, [w:] Postmodernizm. Antologia przekładów, red. R. Nycz, Kraków 1998.
*9 A. Mikulak, Green Spaces May Boost Well-Being for City Slickers, online: http://www.psychologicalscience.org/index.php/news/releases/green-spaces-may-boost-well-being-for-city-slickers.html
*10 S. Oishi, E. Diener, Residents of Poor Nations Have a Greater Sense of Meaning in Life Than Residents of Wealthy Nations, [w:] Psychological Science, nr 2(25), 2014.
*11 „European Centre for Environment & Human Health”, tj. “Europejskie Centrum Środowiska i Zdrowia Ludzkiego” Szkoły Medycznej Uniwersytetu w Exeter.
*12 „Psychological Science”: psychologicalscience.org
*13 M. Piekarska, Wrocław będzie kiepską stolicą kultury? Tłumy na debacie, online: http://wroclaw.gazeta.pl/wroclaw/1,35771,15364779.html, dostęp: 01.02.2014.
*14 Według badań PBS DGA przeprowadzonych na zlecenie On Board Public Relations Ecco Network w 2012 roku, 75% Polaków za priorytet dla najbliższego dziesięciolecia uznaje inwestycje drogowe. Informację podano na stronie ww. konferencji „Ruchome modernizacje. Wpływ autostrady A2 na lokalne krajobrazy kulturowe”: http://ruchomemodernizacje.weebly.com/o-projekcie.html
*15 A. Rumińska, Wstęp do ławkologii, [w:] Rewitalizacja podwórek, red. W. Jarczewski, M. Huculak, K. Janas, Kraków 2013.

Zdjęcie: Tomasz Hejna